20/08/2026
🔥
📜 Uwaga! Nie będzie krótko...
Na felieton Dariusza, zapraszam 🕵
🔍 Najłatwiej obniża się podatki wtedy, kiedy rachunek za tę obniżkę wystawia się komuś innemu.
Nie od dziś wiadomo, że z pustego nawet Salomon nie naleje.
Jeżeli ustawodawca chce jednej grupie podatników zostawić w kieszeni więcej pieniędzy, a jednocześnie nie chce ograniczać swoich wydatków (to by było coś), musi znaleźć te pieniądze gdzie indziej. No i tu kończy się ekonomia, a zaczyna polityka.
Wizerunkowo łatwiej jest powiedzieć:
„obniżamy podatki dla 3,5 miliona Polaków”
niż dodać:
„żeby to sfinansować, zwiększymy obciążenia innym”.
Jeszcze łatwiej jest przecież, jeśli tych drugich przedstawimy jako „najlepiej zarabiających”, „bogatych” albo tych, których po prostu „stać, żeby zapłacić więcej”.
Ja osobiście, z racji profesji, którą wykonuję, mam coraz większy problem z takim rozumieniem sprawiedliwości podatkowej.
Firma, która zwiększa swoje przychody i dochody, niekoniecznie robi coś, za co należy ją fiskalnie karać. Najczęściej oznacza to, że zwyczajnie się rozwija. Zatrudnia ludzi. Inwestuje. Kupuje maszyny. Wynajmuje większy lokal. Korzysta z usług innych przedsiębiorców. Podejmuje ryzyko i jeżeli robi to wszystko dobrze, to zarabia.
Oczywiście, że można rzucić: „zarabiasz więcej, więc powinieneś płacić więcej”, tylko przecież przy tej samej stawce procentowej dokładnie tak się dzieje.
10% od 100 tys. zł to 10 tys. zł.
10% od miliona to 100 tys. zł.
Ten drugi podatnik już zapłacił dziesięć razy więcej.
Dlaczego wraz ze wzrostem jego dochodu ma rosnąć nie tylko kwota podatku, ale również procent, który państwo zabiera z kolejnej zarobionej złotówki?
To jest pytanie o filozofię całego systemu podatkowego, dokładnie dlatego niepokoi mnie kierunek kolejnych proponowanych zmian. Tak, wiem, cała ścieżka legislacyjna jeszcze na drodze, ale poruszam tutaj kwestie filozofii i sposobu podejścia do problemu, nie konkretnie tych zaproponowanych wczoraj zmian - żebyśmy się dobrze zrozumieli.
Spójrzmy na ryczałt.
1 mln zł rocznego przychodu brzmi świetnie w nagłówku: „Milionowy przedsiębiorca”!
Tylko że milion złotych przychodu to około 83 tys. zł miesięcznie.
Przychodu. Nie dochodu.
Taki obrót może wygenerować firma handlowa działająca na odpowiedniej marży. Właśnie dla takich działalności 3% ryczałtu mogło być racjonalnym wyborem, prostym, przewidywalnym i niewymagającym rozliczania kosztów czy prowadzenia remanentu dla celów podatku dochodowego.
Jeżeli państwo zacznie tę formę opodatkowania czynić nieopłacalną wraz z przekroczeniem arbitralnie wyznaczonego progu, przedsiębiorca nie zniknie. Zacznie kalkulować.
Przejście na podatek liniowy. Zmianę modelu działalności. Spółkę. Inną strukturę biznesu.
Zamiast prostszego systemu ponownie otrzymamy system, w którym ogromną część energii poświęcamy nie na prowadzenie firmy, lecz na ustalenie, w jakiej formie najbardziej opłaca się ją prowadzić.
To samo dotyczy B2B.
Jeżeli komuś rzeczywiście opłaca się świadczyć usługi jako przedsiębiorca, ponosi ryzyko gospodarcze i spełnia warunki działalności gospodarczej, pozwólmy mu być przedsiębiorcą. Nie twórzmy systemu, w którym obywatel ma formalnie kilka możliwości wyboru, a później państwo próbuje go przekonać, że wybrał „zbyt korzystnie”, więc trzeba tę możliwość ograniczyć.
A może problem leży gdzie indziej?
Może to nie podatnik powinien się tłumaczyć z tego, że wybrał najkorzystniejszą legalną formę opodatkowania. Może to ustawodawca powinien się zastanowić, dlaczego stworzył system, w którym różnica pomiędzy poszczególnymi formami jest tak ogromna.
Skala podatkowa.
Podatek liniowy.
Ryczałt z całą tabelą stawek.
Do tego składka zdrowotna liczona na różne sposoby, danina solidarnościowa, CIT klasyczny, estoński CIT i kolejne wyjątki, limity oraz progi.
Potem każdego roku kolejne „uszczelnienie”, kolejna korekta i kolejna próba naprawienia skutków poprzedniej reformy.
Może w końcu trzeba zadać pytanie odwrotne:
po co nam aż tyle form opodatkowania?
Ja znacznie bardziej wierzę w system prosty.
Jedna podstawa.
Jedna liniowa stawka.
Te same zasady dla wszystkich.
Zarabiasz dwa razy więcej, płacisz dwa razy większy podatek.
Zarabiasz dziesięć razy więcej, płacisz dziesięć razy więcej.
Bez karania za przekroczenie kolejnego progu. Bez kalkulowania w grudniu, czy przypadkiem kolejna faktura nie spowoduje, że przestanie opłacać się zarabiać.
Przede wszystkim!
Bez przeciwstawiania sobie pracowników i przedsiębiorców - bo to się właśnie dzieje.
Jeżeli chcemy obniżyć PIT pracownikom, jasne, rozmawiajmy o tym.
Tylko jednocześnie uczciwie pokażmy rachunek za tę obniżkę, bo jeżeli część tego rachunku przerzucimy na przedsiębiorców, może się okazać, że pracownik zyska kilkadziesiąt czy kilkaset złotych na PIT, a jego pracodawca będzie miał odpowiednio mniej przestrzeni na podwyżki, inwestycje czy zatrudnienie.
Jeżeli pieniądze mają pochodzić z wyższego opodatkowania ryczałtowców, zmian w CIT czy kolejnych obciążeń nakładanych na najlepiej zarabiających, to zapytajmy wprost:
"Jaką cenę i kto za to faktycznie zapłaci"?