28/04/2012
Mój ulubiony fragment z "Zielonych drzwi" Grocholi :-)
„Proszę Wysokiego Sądu...
Proszę Wysokiego Sądu, błagam, niech Wysoki
Sąd mnie wysłucha... Ja wiem... ale...
Może ja zacznę od tego, że jestem księgową.
Cały dzień, proszę Wysokiego Sądu, liczę, sprawdzam,
mnożę, dzielę. Dwadzieścia procent dochodowego,
obrotowy, ZUS, ale i pensja się zmienia, i zlecenia ludzie biorą. Przychody i rozchody, zyski i straty, PIT, VAT, VAT-7, ja wiem,
że Wysoki Sąd wie, ale ja jestem, proszę Wysokiego
Sądu, dobrą księgową od czternastu lat i sześciu miesięcy. I ja lubię swoją pracę. Chociaż czasem, czasem, proszę Wysokiego Sądu, jak nie mogę zasnąć, to nie liczę baranów, o nie, tylko
biorę środek nasenny.
I ja, proszę Wysokiego Sądu, bardzo kochałam swojego męża. Ja już przechodzę do rzeczy.
Tego dnia miałam wolne. Rzadko biorę wolne, ale, proszę Wysokiego Sądu, już nie mogłam, już czułam, że zwariuję, głowę miałam, o, taką!
Ależ to się wiąże! Po prostu czułam, że jeszcze jeden dzień, a zwariuję, i wzięłam sobie dzień urlopu, bo i mamę musiałam zawieźć do ortopedy, i załatwić jakieś swoje sprawy, i przede
wszystkim odpocząć, odpocząć chociaż przez jeden dzień od cyferek i liczb. To ważne, żeby Wysoki Sąd zrozumiał, że naprawdę...
To była środa. Trzynastego września. Budzik zadzwonił o 6.45. Wstałam rano i raz-dwa-trzy kazałam dzieciom szybciutko się ubrać, zrobiłam po dwie kanapki, dałam 12 złotych na obiad w
szkole i zadzwoniłam do przychodni, 621-384-22, żeby zamówić mamie tego ortopedę. Numer był bez przerwy zajęty. Postanowiłam się nie denerwować, tylko miło spędzić dzień.
Ładny dzień, ciśnienie 980 hektopaskali, temperatura
do 24 stopni Celsjusza, wiatry umiarkowane do 40 kilometrów na godzinę. Przełączyłam na Radio Classic, żeby było przyjemnie. Piąta Beethovena.
Potem Czajkowski opus 72. Wyłączyłam tę stację, bo już czułam, że niedobrze się dzień zaczął. Puściłam sobie płytę Okudżawy. Zawsze mnie uspokajał.
I dzwoniłam dalej do tej przychodni. Okudżawa zaśpiewał — pierwsza miłość z wiatrem gna, z niepokoju drży, druga miłość... — i wtedy ręce mi zaczęły latać, ale właśnie się połączyłam z przychodnią i się okazało, że mam numerek 12,
na 13.00. Kiedy Okudżawa zaśpiewał: a ta trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz i walizkę ma spakowaną już — wyłączyłam również płytę. I zapanowała błoga cisza.
Nie, proszę Wysokiego Sądu, ja muszę uczciwie wszystko opowiedzieć.
Więc wypiłam kawę i poczułam, że ten dzień, mimo że jeszcze powinnam z mamą pojechać na USG, nie będzie taki straszny. Wstukałam PIN 01256 do komórki i zobaczyłam, że mam 5 nieodebranych połączeń. O dziesiątej zadzwonił mąż, żebym mu podała numer ubezpieczenia, bo się kończy, podyktowałam
mu przez telefon — 042134/07. I już, proszę Wysokiego Sądu, jakby mnie lekko zaczęła ćmić głowa. Potem wyszłam na przystanek. Pojechała 7, 9, potem znowu 7, i 32, a 24 jak nie było, tak nie było. Czekałam prawie dwadzieścia minut.
Na USG zdążyłyśmy w ostatniej chwili i musiałam zapłacić sto dwadzieścia złotych. Okazało się, że mama ma wielokomorową torbiel o wymiarach 240 milimetrów na 290 milimetrów na
10 milimetrów. Czyli dużą. Z tej przychodni, na 3 Maja, musiałyśmy przejechać na 11 Listopada, a to kawał drogi. Wezwałam taksówkę 6464 i wsiadłyśmy.
Nie, proszę Wysokiego Sądu, to ważne.
Mama zorientowała się, że ma w portfelu 53 złote, a przecież jeszcze lekarz. Zażądała, żebyśmy zatrzymały się przy bankomacie, mimo że jej tłumaczyłam, że mam pieniądze, trudno, proszę Wysokiego Sądu, żeby mama płaciła za prywatnego
lekarza, jak ja dobrze zarabiam.
Ale moja mama jest uparta. Przy bankomacie okazało się, że nie pamięta, czy numer PIN to 2673, czy 7326, czy 7623, próbowała trzy razy i bankomat zatrzymał kartę. Musiałyśmy wejść do
banku, ale przy wejściu był automat z numerkami,
dostałyśmy numer 6. Zwolniłam taksówkę i zostałam z mamą w banku, żeby zgłosić połknięcie karty. Do ortopedy spóźniłyśmy się ponad godzinę i okazało się, że mama potrzebuje przynajmniej
10 zabiegów na tę nogę. Odwiozłam ją do domu, po drodze weszłam jeszcze do apteki i kupiłam maść Fester 21, przeciwzapalną.
Mama zdążyła mnie siedem razy zapytać — ile razy ci mówiłam, że z lekarzami tak jest, z bankiem tak jest, itd.
Podniosłam głos i powiedziałam, żeby nie zaczynała zdania od „ile razy”.
Obraziła się na mnie, powiedziała, że rano miała ciśnienie 130/90, i jak dostanie wylewu, wtedy będę miała spokój.
Kiedy wróciłam do domu, autobusem 150, była prawie 15.00. Obiad niegotowy i dzień zmarnowany.
Sięgnęłam po makaron — gotować 15 minut, i sos, taki kupny, gotowy — rozrobić w zimnej wodzie, wrzucić na 250 mililitrów wrzątku na około 5 minut, i zrobiłam pyszne danie.
Joasia, moja młodsza córka, wróciła ze szkoły i powiedziała, że dostała dwóję z biologii i czwórę z polskiego. Miałam dreszcze. Zmierzyłam nawet temperaturę, ale okazało się, że mam 36,6.
Niech Wysoki Sąd mi pozwoli skończyć!
Otworzyłam pocztę i ściągnęłam 16 nowych wiadomości. Pierwsza z nich informowała mnie, że dostałam kupon rabatowy na 10 procent zniżki, ważny do 6.12.2009 roku. Druga wiadomość to informacja o spotkaniu szesnastego, w Klubie Grab, w naszym budynku, Dantego 2, ale lokal tym razem 28. Przyjaciółka przysłała mi esemesa, że zmienia swój numer telefonu z 467-167-
290 na 467-234-234. Bank oferował niezwykłą stopę procentową do 8 procent w dwunastym miesiącu. Canal Plus przez 12 miesięcy dawał promocję. I tak dalej, i tak dalej. Wyłączyłam
komputer.
Siadłam przy oknie. Na parapecie usiadły dwa gołębie, a na dole widziałam trzy psy oblegające jedną sukę.
Nie, proszę Wysokiego Sądu, to jest bardzo ważne!
Sięgnęłam po program telewizyjny. Tylko film, i to nie na tym kanale, gdzie podają totolotka, mógł mnie trochę odprężyć. Żadnych seriali z numerami serii obok. Spojrzałam w program.
Paragraf 22. Szklana pułapka 3, Zagubieni 2, Naga broń 2 i 112, Piątek 13.
Proszę Wysokiego Sądu, ja się naprawdę starałam!
Sprzątnęłam kuchnię i wymyłam okna w dużym pokoju, jedno balkonowe i dwa takie mniejsze po stronie południowej.
Syn wrócił z treningu dość późno. Wygrali 3:1.
Mąż wrócił o 19.30, uradowany.
— Jest szansa, że zostanę drugim wiceprezesem!
— krzyknął od progu. — Napijemy się wina! Zobacz, jaki rocznik!
Odwróciłam wzrok, proszę Wysokiego Sądu. Zamknęłam się w łazience i postanowiłam sobie zrobić kąpiel. Trzy nakrętki płynu wlać do...
Ja, proszę Wysokiego Sądu, miałam wolny dzień. Dzień bez liczb. Ja, proszę Wysokiego Sądu,
byłam naprawdę... Nie wiem, jak to powiedzieć...
Wymknęłam się z łazienki po cichuśku, żeby nikt mnie nie zaczepił. Wiedziałam, że jak już się znajdę w łóżku, to ten koszmarny wolny dzień się skończy. Kiedy wyszłam z łazienki, nie chciałam z nikim rozmawiać. Ja, ja już czułam, proszę Wysokiego
Sądu, że mogę nie wytrzymać. Nastawiłam tylko budzik na 6.45 jak zwykle i... I prawie zasnęłam...
A wtedy mój mąż, ja go naprawdę kochałam, Wysoki Sądzie, naprawdę! Wsunął się pod kołdrę i przytulił mnie do siebie, jego brzuch na moich plecach...
i poczułam, proszę mi wybaczyć, Wysoki Sądzie, że w jego ramionach mogę nareszcie zapomnieć o wszystkim, odwróciłam się ufnie do niego i wtedy on mnie zapytał:
— Masz ochotę na szybki numerek?
I co by Wysoki Sąd zrobił na moim miejscu?”.